born2bewild blog

    Twój nowy blog

    Jeśli podróżnik, przebywający na południowej części półwyspu Kowloon, skręci w niewłaściwą uliczkę na Yau Tsim Mong, napotka ponurą i dziwną okolicę.

    Tsim Sha Tsui to nadbrzeżna dzielnica, na samym czubku półwyspu, skierowana w stronę wyspy Hong Kong, gdzie w oddali skrzą się w słońcu wieżowce Central. Tutaj jednak niskie, przysadziste budowle i przegniłe spadziste dachy, świadczą o architekturze znacznie starszej niż pozostała zabudowa okolic. Teren się tu wznosi, a kamienne mury coraz silniej napierają na kręte i pożłobione koleinami asfaltowe uliczki. Kontrolowane przez triady niechlujne sklepiki i knajpy jak i mieszkalne osiedla chylą się teraz do ruiny. Z portowych zaułków bucha przykra woń zbutwienia, nagromadzona przez całe stulecia. Turyści jakoś odruchowo unikają tych stron nie wiedząc właściwie dlaczego. Miejscowi ludzie zaś, którym dobro tego miasta leży na sercu, celowo wyciszają niektóre straszne wydarzenia, od jakich wręcz cuchną kroniki policyjne lokalnego komisariatu. Traf chciał, że podczas pewnej wyprawy, nocując z Andreą w starym, zimnym, na wpół rozpadającym się motelu na Tsim Sha Tsui, zasłyszeliśmy najkoszmarniejszą chyba z tych opowieści.

    Wydarzyło się to na grubo przed naszym przyjazdem do Hong Kongu, ale nawet ci, którzy znają fakty związane z koszmarem, jaki się tutaj wówczas wydarzył, nie potrafią powiedzieć, co na prawdę stało się wtedy na Tsim Sha Tsui. Opowieść zakrawa bowiem niemalże o działanie nadnaturalnych mocy, a fakty spisane w policyjnej kartotece są zbyt twarde, aby można było im zaprzeczyć.

    To był jeden ze zwyczajnych dni na komisariacie policji w Tsim Sha Tsui. Detektyw prowadzący sprawę zaginionej hostessy z klubu nocnego, 23-letniej Fan Man-Yee, miał przed sobą twardy orzech do zgryzienia – śledztwo od ponad miesiąca stało w miejscu, żadnych przypadkowych świadków, żadnych poszlak, żadnych hipotez. Na dodatek od rana po komisariacie kręciła się jakaś dziewczynka z wielką pluszową syrenką Hello Kitty pod pachą, opowiadająca funkcjonariuszom jakieś niestworzone historie. Skarzyła się, że nie może spać z powodu nawiedzającego ją we śnie ducha. Detektyw postanowił więc, że zacznie od ustalenia opiekunów nieletniej i odwiezienia jej do domu. Jednak gdy sam wysłuchał jej opowieści o nocnej zjawie, zamarł z niedowierzania. Zapytana o wygląd ducha dziewczynka, ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami podała rysopis zaginionej Fan Man-Yee!

    Natychmiast wysłano oddział policji kryminalnej do domu przy 31 Granville Road. Przetrząśnięto cały budynek. Funkcjonariusze na miejscu odnaleźli dowody potwornej zbrodni. Trzej mężczyźni, po kłótni dotyczącej długu, przez miesiąc więzili i torturowali tu swoją ofiarę, aby w końcu pozbawić ją życia i poćwiartować. Oszołomieni przedstawiciele prawa zebrali dowody – część organów wewnętrznych i ząb. Wszystko to jednak było tylko prologiem do prawdziwego koszmaru, który odkryli – po rozpruciu ogromnej lalki Hello Kitty, z wnętrza na podłogę wypadła ludzka czaszka.

    Funkcjonariusze szokujące szczegóły ukryli przed prasą i ludźmi, jednak bulwersująca sprawa, nazwana przez media „Hello Kitty Murder”, wyciekła i nabrała rozgłosu. Całe trio zostało skazane na dożywocie za morderstwo. Po sześciodniowym procesie sędzia Peter Nguyen, który odczytał wyrok, skomentował: „Nigdy w ciągu ostatnich lat w Hongkongu, w sądzie nie słyszano o takiej potworności, deprawacji, znieczulicy, brutalności i okrucieństwie.


    No. 31 Granville Road, Tsim Sha Tsui (fot. Szetoyanlun)


    Lalka Hello Kitty Mermaid.

    Asian Economic News
    http://findarticles.com/p/articles/mi_m0WDP/is_2000_Dec_11/ai_68162682/


    Rzeczywistość bywa czasem dziwniejsza od fikcji.

    Opowiem wam o cichym miejscu, położonym w zagubionym zakątku hutongów, ogrodzie starej, egzaltowanej rodziny Li. Ogród, o którym mówię, ukryty jest we wnętrzu murów siheyuan, zmurszałych i odbarwionych przez mgły i wilgoć, naruszające je od pokoleń. Zajmujący wewnętrzny dziedziniec ogród, z wyjątkiem wejścia, jest prawie niewidoczny. Prowadzą do niego drzwi, uchylone na zardzewiałych zawiasach. Ród, którego przodkowie wznieśli siheyuan i którego własnością był ów ogród, nie zamieszkuje rezydencji od dawna. Nawet starsi mieszkańcy tej okolicy nie pamiętają już zapewne wydarzeń sprzed niemal wieku, związanych z tym ogrodem. I zapewne nie pozostałby nikt, kto wiedział by o tajemnicach, które zalegają w tych zawilgłych murach, gdyby nie wzmianka w starym pamiętniku pewnego polskiego pilota, na którą natknąłem się przypadkiem.

    Człowiek ów, w czasach II wojny światowej latał w amerykańskim dywizjonie stacjonującym w Chinach. Podczas przymusowego pobytu w szpitalu polowym, poznał on pewną kobietę o imieniu Li Sen. I nie było by w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, iż kobieta ta na wskazującym palcu swojej lewej ręki nosiła polski sygnet herbowy. Los sprawił, że spotkali się ponownie i usłyszał on z ust Li Sen przedziwną historię pierścionka.

    Było to w czasach przedwojennych, gdy pamiętające kolonializm Chiny nadal mocno izolowały się od Zachodu, a przybywający tam nieliczni biali, byli prymitywni, brutalni i zachłanni. Matka Li Sen była Koreanką, miała szesnaście lat gdy wydano ją za mąż, siedemnaście gdy uciekła od męża. Zamieszkała w Pekinie, wraz ze swym ojcem, bardzo wykształconym i szanowanym człowiekiem. słynącym z zamiłowania do kwiatów.

    Pewnego dnia dziadek Li Sen spotkał w parku białego robotnika, który pracował przy kwiatach. Dziadek siadł na ławce i obserwował robotnika, jak ten rozwijał swój węzełek, w którym miał obiad. Ale oprócz jedzenia człowiek ów miał też tomik poezji chińskiej. Wtedy dziadek powiedział sobie: „Jeśli biały człowiek na Dalekim Wschodzie musi pracować fizycznie – to znaczy że jest porządnym człowiekiem. Jeśli pracuje z zamiłowaniem przy kwiatach – to musi to być dobry człowiek. Jeśli zaś prócz tego czyta poezję naszego kraju, to prócz tego jest to mądry człowiek”. I zaczął z nim rozmawiać. Okazało się, że robotnik był Polakiem. Dziadek zaproponował mu posadę ogrodnika, którą ten przyjął nie negocjując płacy. Dziadek więc postnowił, że będzie mu płacił dwukrotną stawkę.

    Polak zajął się więc ogrodem, a że był uprzejmym i wykształconym człowiekiem, wkrótce zaprzyjaźnił się z rodziną, która nazwała go Białym Li. Okazało się, że był syberyjskim zesłańcem, który po ucieczce przedostał się do Chin. Mijały lata. Biały Li i matka Li Sen stali się bardzo sobie bliscy. Biały Li, który znał kilka języków obcych zaczął uczyć małą Li Sen. Pewnego razu on i dziadek wracając z podróży przywieźli do domu rannego tygryska, którego odratowali i trzymali odtąd w ogrodzie. Tygrys w końcu urósł i zdziczał, ale tolerował domowników i nie robił im krzywdy.

    W końcu wybuchła II wojna światowa. Biały Li nie odzywał się całymi dniami. Rodzina Li dowiedziała się z prasy i radia, że jego ojczyzna była okupowana. Wówczas dziadek zabrał go do Pekinu i Szanghaju, gdzie odbyli serię odczytów. Krótko po tym znaleziono Białego Li martwego w ogrodzie. Obok niego leżał obcy biały człowiek, a przy nim pistolet. Ciało obcego rozszarpane było przez tygrysa. Wszyscy domownicy bardzo przeżyli tą tragedię. Matka Li Sen wkrótce zmarła, przekazując jej wcześniej polski sygnet herbowy i zdradzając, że Biały Li był jej prawdziwym ojcem. Pomimo powszechnego zgorszenia wśród mieszkańców okolicznych hutongów, oboje – matka Li Sen i jej polski ojciec – spoczęli we wspólnym grobowcu.

    Rzeczywistość bywa czasem dziwniejsza od fikcji.


    Pekin. Ogród w hutongach.


    Pekin. Ogród w hutongach.


    Pekin. Tablica pamiątkowa w ogrodzie.

    W drodze do Zakazanego Miasta zagadnął nas jakiś chłopaczek, utrzymujący się z wożenia turystów rikszą, proponując wycieczkę po hutongach. Przyzwyczajony do ciągłego nagabywania przez chmary najróżniejszych naciągaczy chciałem go automatycznie spławić, ale Andrea widać nabrała ochoty na tą wycieczkę więc i ja po krótce dałem się namówić.

    Siedzieliśmy wygodnie w rikszy, wjeżdżając w niepowtarzalny, malowniczy świat chińskich hutongów. Podróżowaliśmy przez sieć wąskich zaułków, przez uroczy, rozpadający się labirynt siheyuan – podwórek otoczonych czterema budynkami, w których mieszkają ludzie. Jechaliśmy coraz dalej, w głąb urokliwej plątaniny wąskich przejść i domostw, ściśniętych na bardzo małym obszarze. Nasz przewodnik z nieprawdopodobną łatwością poruszał się w tym świecie, będącym dla pekińskich taksówkarzy strefą mroku, w której krążą po omacku, wciąż pytając o drogę lub wprost odmawiając wjazdu na teren hutongów.

    Riksza jechała dalej, poza czas i znaną mi rzeczywistość. Mijaliśmy liczne podwórza, niektóre dokuczliwie ciasne, inne – przestronne i ocienione drzewami. Wąskimi pasażami przemykały rowery, zewsząd dochodził dźwięk dzwonków. W ciepłym letnim powietrzu czuć było gotowane w domach, na ceglanych paleniskach potrawy. Czerwone tablice na rzeźbionych odrzwiach informowały, kim byli w przeszłości mieszkańcy danego podwórza lub jaką pełniło funkcję. Czasem uchylone bramy pozwalały na moment zajrzeć do środka, ukazując kawałek ukrytych za murami przytulnych, maleńkich dziedzińców, ozdobionych rzeźbami kapliczek i tajemnicze ogrody, wyglądające jakby były wytworem dziecięcej wyobraźni.

    Żadne miejsce, z tych które odwiedziłem w Chinach, nie pozwoliło mi zrozumieć czym jest społeczność chińska tak bardzo jak hutnongi. Byłem bardzo zadowolony, że pozwoliłem naszemu rikszażowi zabrać nas do tego fantastycznego świata, sam nie podjąłbym ryzyka zapuszczenia się tak daleko w zaułki Pekinu. Szkoda, że ten malowniczy świat hutongów kurczy się coraz bardziej, ustępując miejsca nowoczesnym hotelom i biurowcom.



    Pekin. Typowe podwórze siheyuan.



    Pekin. Stara brama z pamiątkowymi tablicami.



    Pekin. Podwórze hotelu w hutongach.



    Pekin. Taras we wnętrzu siheyuan.



    Pekin. Ogród w hutongach.

    Czarna Wigilia

    W roku 1941 sytuacja polityczna w Hongkongu była bardzo napięta. Militarystyczna Japonia, która była już mocno uwikłana w działania wojenne w Chinach kontynentalnych, w obliczu wprowadzonego przez kraje zachodnie embarga, stanęła przed wyborem: przegrać wojnę z Chinami z braku strategicznych surowców lub zaatakować bogate w żelazo i ropę zachodnie kolonie na Pacyfiku. 7 grudnia 1941 japońska marynarka wojenna i lotnictwo zaatakowały amerykańską bazę w Pearl Harbor. Tego samego dnia japońskie siły inwazyjne przypuściły atak na należącą do korony brytyjskiej kolonię Hongkongu.

    W książce Mariana Kałuskiego p.t. „Polska-Chiny 1296-1996″ znalazłem ciekawą wzmiankę na ten temat: „W 1941r. na uniwersytecie w Hongkongu studiowali
    Polacy min. Jan Solecki, Tadeusz Żołędowski i Zygmunt Kossakowski.
    Kiedy Japonia zagroziła Hongkongowi wszyscy oni wraz z innym Polakiem
    mieszkającym w Hongkongu Władysławem Rudolfem zgłosili się do
    ochotniczej formacji wojskowej Volunteer Defence Force.

    Tak zaczęły się moje poszukiwania na temat Polaków walczących w obronie Hongkongu. Niewiele udało się odnaleźć wzmianek na ich temat, oprócz potwierdzenia nazwisk na liście rekrutów HKVDC (okazało się też, że M. Kałuski w swojej pracy błędnie wpisał nazwisko Rudolf, gdy w rzeczywistości brzmiało ono Rudrof)

    Hong Kong Volunteer Defence Corps

    Artillery Batteries
    1st Battery
    - Cassakowsky, Z. Gunner
    - Jolendoosky, T.A. Gunner
    - Rudrof, Wladyslaw Pawel Gunner
    2nd Battery
    - Solecki, Jan Gunner

    http://www.hongkongwardiary.com/searchgarrison/hkvdc.html

    Znalazłem kilka zdawkowych wzmianek w innych źródłach, ale dopiero dzięki odnalezionym i przetłumaczonym zapiskom Vincenta Lee, chińskiego kanoniera z 2-giej baterii artyleryjskiej HKVDC, towarzysza broni Jana Soleckiego, wyłonił się
    zdumiewający obraz bohaterstwa i odwagi z jaką nasi rodacy w dniu znanym jako Czarna Wigilia (Black Christmas) bronili
    wolności na drugim końcu świata
    .

    Pamiętnik Vincenta Lee

    Przybyliśmy na nasze stanowiska o 3 nad ranem, 8 grudnia. Natychmiast sprawdziliśmy nasze karabiny maszynowe i amunicję, czy są gotowe do użycia. Dowodził nami kpt. Douglas Crozier, na co dzień urzędnik administracji brytyjskiej. Przypomniał nam, że to nie są ćwiczenia i że mamy traktować sytuację poważnie, jakby to była wojna. Pomimo braku snu, byliśmy energiczni w przygotowaniach, nie za wiele myśleliśmy o tym, co miało się wydarzyć. Sytuacja była bardzo napięta i każdy z nas był nerwowy, nie tak jak podczas szkoleń, kiedy to było bardzo wesoło.

    Rano w poniedziałek, 8 grudnia, przygotowując się do walki w Stanley, nagle usłyszeliśmy dźwięk silników. Kiedy spojrzeliśmy w niebo nad Stanley, ujrzeliśmy całą masę samolotów. W tym czasie naprawdę myśleliśmy, że było to wzmocnienie z Royal Air Force, ponieważ wiedzieliśmy, że Hong Kong miał bardzo niewiele samolotów bojowych. Ale szybko zauważyliśmy, że samoloty miały wymalowane czerwone słońca na swoich skrzydłach. Jako młodzi ludzie, którzy dorastali w Hong Kongu i nigdy nie doświadczyli wojny, byliśmy przerażeni. Wrogowie, o których krążyły przerażające opowieści, o tym co robili na kontynencie i jak byli groźni, w końcu zaatakowali Hongkong.

    Japońskie siły powietrzne nie zbombardowały Stanley natychmiast, ponieważ skoncentrowały się na zniszczeniu obrony powietrznej na Kai Tak, więc nie było słychać wybuchów i nie było widać dymu. Dopiero po upadku Kowloon, trzy dni później, japońskie samoloty zaczęły bombardować Stanley, a w tym i nasze stanowisko. Bombowce przelatywały nad nami kilka razy dziennie i spadały na nas bomby. Ale nie przyniosły ogromnych szkód dla naszych stanowisk ogniowych i broni.

    Półwysep Kowloon i Nowe Terytoria padły szybko, zaraz po upadku linii Gin Drinkers, głównie ze względu na niewystarczające siły, by utrzymać pozycje. Wszystkie jednostki garnizonu wycofały się z powrotem na wyspę Hong Kong. Dowódca garnizonu, gen. Christopher M. Maltby, zreorganizował jednostki na wyspie. Nasza jednostka w dalszym ciągu miała pozostać w Bluff Head. Ponieważ równie często japończycy napadali na nas od strony morza na południu, mieliśmy odgrywać aktywną rolę ostrzeliwując wrogie okręty i odpowiadać ogniem atakującym nas samolotom wroga.

    Na początku byłem bardzo przestraszony. To był mój pierwszy raz w walce, wszędzie wokoło eksplodowały bomby. Strzelałem ostrą amunicją podczas szkoleń, ale nogi i ręce mi drżały gdy odpalałem pociski i otrzymywałem w odpowiedzi ogień od strony nieprzyjaciela. Dla tych z nas, którzy byli bardzo młodzi i dorastli w Hong Kongu w średnich lub zamożnych rodzinach, to wszystko było zbyt brutalne, w przeciwieństwie do niektórych naszych oficerów brytyjskich, którzy doświadczyli już I Wojny Światowej. Później jednak zaczęliśmy się do tego przyzwyczajać i odgrywaliśmy swoje role dużo odważniej. Zaczęliśmy pokazywać nasz gniew w stosunku do wroga, i myśleliśmy już tylko o wykopaniu Japończyków z Hong Kongu i zabiciu tak wielu japońskich żołnierzy jak tylko mogliśmy.

    Bomby wciąż spadały na nas jak deszcz, a ja wciąż pamiętam, że sam byłbym prawie zginął kilka razy. Kilka dni po japońskim lądowaniu na wyspie, bomba wybuchła tuż obok mnie. Jeden z moich brytyjskich kolegów został poważnie ranny i został wysłany do szpitala polowego w Kolegium św Szczepana. Później dowiedziałem się, że został niepełnosprawny na resztę życia. Kolejny incydent jaki pamiętam podczas bitwy to zawalenie się naszego bunkra. W dzień wigilijny, 24 grudnia, dzień przed kapitulacją kolonii, Japończycy rozpoczęli ciężkie bombardowanie Pólwyspu Stanley na północ od naszych pozycji. Nasze baterie mocno oberwały z kilka razy. Poczułem jakby trzęsienie ziemi z ogromną siłą. Nagle sufit naszego bunkra spadł. Z sześciu z nas, którzy tam stacjonowali, nikt nie zginał. Ja sam byłem tylko lekko ranny w rękę. Gdyby nie Boża ochrona i błogosławieństwo na pewno zostałbym zabity i nie mógłbym teraz opowiadać tej historii.


    Po wylądowaniu na wyspie Japończycy szybko przemieszczali się na zachód i południe. Napotkali uparty i odważny opór na cieśninie Wong Nai Chung, gdzie dowódca kanadyjskich sił ekspedycyjnych, brygadier John K. Lawson, zginął w akcji. 3 kompania HKVDC, głównie obsadzona Europejczykami, walczyła niezwykle odważnie, ale poniosła ogromne straty. Kilku z tych którzy zginęli było moimi dobrymi przyjaciółmi. Czuję ogromny żal gdy ich wspominam po dziś dzień!



    Począwszy od 24 grudnia po południu, walka między nami a Japończykami w Stanley stawała się coraz bardziej zacięta, tak jak w innych częściach wyspy. Pociski latały tam i z powrotem a naszemu życiu groziło ciągłe niebezpieczeństwo. Mogliśmy umrzeć w każdej chwili!

    Moja jednostka trzymała ostatnią linię Wschodniej Brygady. Japończycy nigdy nie dotarli do naszej linii przed kapitulacją, ale i tak poświęciliśmy wiele wysiłków we wspieraniu tych towarzyszy z innych jednostek walczących na froncie. To było bardzo tragiczne dla tych ludzi z 1 i 2 Kompanii a także 1 Baterii HKVDC (w której byli Kossakowski, Żołędowski i Rudrof), którzy doświadczyli morderczej walki wręcz z japońskimi żołnierzami w domach i w kampusie św Szczepana.

    Ponadto, padła część kampusu przeznaczona na szpital polowy dla rannych żołnierzy. Wielu z tych, którzy trafili do szpitala stali się ofiarami brutalnej masakry: ranni żołnierze zostali zadźgani japońskimi bagnetami, nawet lekarze zostali zaatakowani, wiele pielęgniarek padło ofiarą gwałtów. Było to dla nas niewiarygodne i nie do pomyślenia, że wojska japońskie dopuściły się tego rodzaju masakry na szpitalu polowym pod flagą Czerwonego Krzyża, która symbolizuje Konwencję Genewską. Japończycy jednak nie uszanowali jej na polu bitwy, tak samo jak i w różnych innych miejscach w Chinach, Singapurze i na Pacyfiku.

    Byłem w obsadzie stanowiska karabinu maszynowego wraz z innymi dziesięcioma członkami mojego plutonu na wzgórzu bezpośrednio na południe od Św. Szczepana i mieliśmy widok na ten potworny japoński atak w tym ostatecznym dniu bitwy. Nasi dowódcy i sztab rozkazali nam udać się do Stanley Village, ale tam nie poszliśmy, ze względu na zacięty ogień wroga. Od godzin nocnych w Wigilię do popołudnia w Boże Narodzenie, wymiana ognia w Stanley nie zatrzymała się nawet na minutę. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, ale morale było bardzo wysokie. Nasze karabiny były bardzo skuteczne w koszeniu wroga.

    Garnizon w Stanley był ostatnią częścią Hongkongu, która wciąż mogła jeszcze opierać się wrogowi. Obrona pozycji w Repulse Bay, Shouson Hill, Wan Chai Gap i Magazine Gap oraz w mieście rozpoczęła kapitulację rano w Boże Narodzenie. My, z potężnymi działami stacjonarnymi i przenośną bronią maszynową, mogliśmy nadal zadawać straty i szkodzić Japończykom. Rozważając brak wody i amunicji, jak również zwiększające się straty, gubernator Sir Mark Young zdecydował się poddać sztab w Fortecy. Jednostki z Zachodu otrzymały rozkaz zaprzestania ognia i złożenia broni w godzinach popołudniowych. Ale my – Brygada Wschód, która była całkowicie odcięta od reszty wyspy – nie mogliśmy dostać zawiadomienia o natychmiastowej kapitulacji. Dlatego nadal opieraliśmy się, otwierając ogień do Japończyków.

    Nasz opór bardzo rozgniewał Japończyków. Zapoczątkowali oni jeszcze bardziej brutalne ataki na nas i przeprowadzili masakrę w szpitalu polowym św Szczepana. Dopiero nad ranem 26 grudnia, kiedy sztab z Fortecy wysłał emisariusza z informacją, że kolonia skapitulowała dwanaście godzin temu, zatrzymaliśmy ogień i czekaliśmy na dalsze rozkazy od Japończyków. To był koniec bitwy o Hongkong.

    Ochotnicy z Hongkongu

    Po osiemnastu dniach zaciętej, beznadziejnej lecz odważnej walki, ochotnicy z HKVDC poddali się i Hongkong wpadł w ręce Japończyków. Półwysep Stanley, którego bronili Polacy, podobnie jak dwa lata wcześniej polskie Westerplatte, poddał się jako ostatni, aż do samego końca broniąc ludności Hongkongu przed japońską napaścią. Kto wie, może Polacy zdążyli jeszcze
    połamać się jakimś zaimprowizowanym opłatkiem, życzyć sobie aby to wszystko szczęśliwie
    się zakończyło i aby mogli zobaczyć jeszcze kiedyś wolną
    Polskę?


    Zygmunt Kossakowski i Władysław Paweł Rudrof walcząc w obronie Hongkongu zginęli w dzień Bożego Narodzenia broniąc Fortu Stanley.
    Jan Solecki i Tadeusz Żołędowski przeżyli i
    trafili do japońskiego obozu jenieckiego North Point Camp a następnie do obozów pracy w Japonii.

    Jan Solecki
    po wojnie działał jako agent brytyjskiego wywiadu wojskowego w Niemczech, a w
    roku 1959 wyemigrował i spędził szczęśliwe życie jako ojciec rodziny i profesor
    Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej w Vancouver w Kanadzie. Zmarł w 2008 r. w wieku
    92 lat, otoczony przez rodzinę i przyjaciół.

    Tadeusz Żołędowski po powrocie z
    obozu jenieckiego w Japonii pozostał w Hongkongu i został dyrektorem firmy Cathay
    Ceramics, a po przejściu na emeryturę wyjechał do Włoch.

    Uniwersytet w Hongkongu nadał pośmiertnie Zygmuntowi Kossakowskiemu dyplom inżyniera. Pamiątki po nim, wyliczone odznaczenia, na wpół spalony polski paszport itd. zostały przekazane przez siostrę poległego do Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.

    Poległym i ocalałym polskim
    obrońcom Hongkongu brytyjski War Office nadał Gwiazdę Pacyfiku, Gwiazdę
    za Wojnę 1939-1945 oraz Medal Obrony. Król Anglii, Jerzy VI, wymienił
    ich nazwiska mówiąc:

    Kanonierzy Z.A. Kossakowski i W.P.A. Rudrof,
    ochotnicy obrony Hongkongu… oddali swoje życie, aby ratować ludność od
    tyranii.



    Groby Władysława Rudrofa i Zygmunta Kossakowskiego na cmentarzu w Fort Stanley są pięknie utrzymane po dziś dzień.


    Cmentarz w Fort Stanley.


    Grób polskiego bohatera w Stanley.

    Nic na tym świecie nie zmusi mnie, abym w Chinach usiadł za kółkiem.

    Ruch uliczny w Państwie Środka to jeden wielki burdel. Na pierwszy rzut oka wszystko odbywa się prawidłowo – pojazdy jeżdżą sobie prawą stroną, tak jak Pan Bóg przykazał, są jakieś tam znaki drogowe, sygnalizatory i td. Jednak po kilku przejażdżkach chińskimi drogami włosy zaczynają się jeżyć na głowie. Nikt tu nie przestrzega zasad ruchu drogowego, znaki drogowe a nawet światła na skrzyżowaniach są tu raczej traktowane jako dobre rady, z których i tak nikt nie korzysta. Jeśli nie ma za dużego przeciwnego ruchu na skrzyżowaniu – przy czym pieszych nie uznaje się za przeciwny ruch, po prostu należy ich porządnie obtrąbić – to hopla na czerwonym świetle przez skrzyżowanko! :D Kierunkowskaz jest tu rzeczą absolutnie nieznaną, a zmiany pasów i kierunku ruchu odbywają się bez jakiegokolwiek uprzedzenia. Chińczycy mówią, że trzeba „obserwować mowę ciała” pojazdów i wtedy wiadomo, co zrobi kierowca obok. :D W praktyce wygląda to tak, że jeśli na pasie obok pojawi się przeszkoda, to normalne jest, że jadący nim samochód bez żadnego sygnału natychmiast zajedzie nam drogę, zatem mocno zaleca się jazdę z nogą na hamulcu :D Dodatkowo należy pamiętać, że chiński kodeks drogowy nie obowiązuje pojazdów wojskowych, a w praktyce także rządowych i policji, zatem walą one wszystkie pod prąd, przejeżdżają na czerwonym i wymuszają pierwszeństwo bez żadnej krępacji. :D

    W miastach jazda bez świateł o każdej porze nocy jest powszechnie stosowaną praktyką, a za jazdę na światłach w dzień zostaniemy ukarani mandatem (sic!). Dodajmy do tego fakt, że dla rodowitego Chińczyka ruch dwukierunkowy dozwolony jest wszędzie, i już mamy gotowe nocne spotkanie czołowe w jednokierunkowej uliczce z jadącym pod prąd i bez świateł motocyklem. Prawy pas jest zawsze wyłączony z ruchu ze względu na kłębiący się na nim rój rowerów, skuterów i riksz. Panuje na nim epicki wręcz meksyk, gdy pojazdy przetasowują się na wszelkie możliwe sposoby, aby zająć jak najdogodniejsze miejsce przed skrzyżowaniem. Ulice, zwłaszcza w Pekine, są na maxa przeludnione pojazdami. Jedyną panującą na miejskich drogach zasadą jest „kto pierwszy ten
    lepszy”. Manewr zmiany pasa, włączanie się do ruchu z bocznych uliczek
    lub skręt w lewo odbywa się bez sygnalizacji i zwracania uwagi na innych
    uczestników ruchu. Generalnie nie nastawiajcie się, że chiński kierowca będzie podążał za jakimikolwiek znanymi przez Was zasadami ruchu drogowego. Nowo upieczeni kierowcy jeżdżą w pojazdach oznakowanych 实习. Jeśli
    zobaczycie taki znak to uciekajcie jakby goniła was sama
    śmierć. :D

    Niewielkie stłuczki i kolizje są tak częste, że jeżdżąc po ulicy ma się wrażenie, jakby we wszystkich pozostałych pojazdach były magnesy o przeciwnym biegunie niż w naszym własnym. Po stłuczce winny wypłaca poszkodowanemu 100 yuanów do łapki i sprawę uznaje się za niebyłą. Nikt tu nie czeka na policję, która na takie wezwania reaguje z prędkością zdechłego słonia. Za potrącenie pieszego grożą surowe sankcje, więc z reguły po takim zdarzeniu kierowcy biorą nogi za pas. A jeśli już zdarzy nam się przejechać pieszego, to upewnijmy się, że wypadek ten będzie ze skutkiem śmiertelnym, gdyż w pozostałym razie zapłacimy poszkodowanemu absurdalnie wysokie odszkodowanie. :D

    Drogi krajowe – China National Highways – przedstawiają się dużo lepiej. Ich stan i jakość generalnie jest znacznie lepsza niż w Polsce, co chyba nikogo raczej nie dziwi ;D. Poza nagminnym wyprzedzaniem z prawej strony, nie ma tu chyba innych większych problemów. Fotoradarów prawie nie ma tu wcale, można spokojnie jechać ponad setką. Czasem tylko naszą sielankę przerywa jakieś mrożące krew w żyłach zdarzenie drogowe, np. gdy wypadamy sobie z zakrętu z ponad paczką na szafie a tu wtem widzimy stojącą na naszym pasie wywrotkę pełną gruzu i chińskich robotników obok, spożywających sobie nie nerwowo śniadanko :D

    Drogi expresowe – Expressways – są jasną stroną tego kraju. Znaki drogowe są w dwu językach: chińskim i angielskim, można sobie zasuwać bez problemowo ponad seteczką i dzięki wielu zjazdom szybko i bezpiecznie dotrzeć do każdego większego miasta w Chinach. No chyba, że zdarzy się wypadek, który zatarasuje całą drogę. Wtedy trzeba poczekać aż policja usunie pojazdy, co będzie wlec się dłużej, niż „Moda na sukces”.

    Podsumowując, jeśli macie ochotę pojeździć po Chinach czterema kółkami, swoje bezuzyteczne międzynarodowe prawko możecie wymienić na prawko tymczasowe u pani w okienku na lotnisku – powinno działać. Wypożyczalnie furek są w każdym mieście i są nie drogie. Z tą ostatnią informacją pozostaje mi życzyć Wam baaaardzo szerokiej drogi. :)

    Plac Tiananmen, u stóp Bramy Niebiańskiego Spokoju. Wielka wybrukowana przestrzeń. Mauzoleum, w którym spoczywa ciało przewodniczącego Mao. Monolityczny gmach parlamentu wzniesiony w radzieckim stylu. Brzask, żołnierze wciągają na maszt czerwoną flagę. Spacerujemy po placu trzymając się za ręce, dzieci obok puszczają latawce.

    Tak samo pewnie wyglądał poranek wiosną 1989, zanim jeszcze zgromadziły się na nim tysiące studentów. Nie było wówczas poustawianych bramek z wykrywaczami metali i gęstych patroli policji. Nikt jeszcze nie przewidywał, że spokojne manifestacje z powodu żałoby po śmierci reformatora Hu Yaobanga zamienią się w zamieszki, gdy władza spróbuje usunąć ludzi. Sytuacja stała się napięta, gdy sondaże wskazały że 75% mieszkańców Pekinu popiera manifestujących. Na szczytach partii doszło do potężnych kłótni i frakcja głosująca za rozwiązaniem siłowym sprawy przeważyła, powołując się na przykład Polski, gdzie ustępstwa na rzecz strajkujących zakończyły się całkowitym upadkiem komunistycznej władzy.

    Deng Xiaoping, faktyczny przywódca Chin i późniejszy reformator, pod naciskiem premiera, 20 maja ogłosił stan wyjątkowy. Policja nie zdołała jednak rozpędzić demonstrantów i w końcu sprowadzono z prowincji 27. Armię. Nocą z 3 na 4 czerwca wojsko rozpędziło protestujący tłum za pomocą czołgów i broni maszynowej.

    Nie znana była liczba ofiar, wiadomo tylko że były ich setki, może nawet
    tysiące.
    Rankiem, 5 czerwca, gdy grzechot kul karabinowych uderzających o chodniki u stóp Bramy Niebiańskiego Spokoju ucichł, wydawało się że na zawsze uciszono głos demokracji. I tego właśnie ranka pewien amerykański reporter z wychodzących na plac Tiananmen okien swojego hotelowego pokoju, zarejestrował pewien obraz.

    Patrzyliśmy z Andreą w milczeniu na łopoczącą
    na wietrze chińską flagę, a promienie wstającego słońca w tym czasie powoli
    oczyszczały plac Tiananmen z mgieł, którymi spowiła go noc.


    Pekin. Flaga na placu Tiananmen.


    Pekin. Plac Tiananmen.


    Pekin. Plac Tiananmen

    Obiecałem pewnej przemiłej czytelniczce, że napiszę co nieco na temat różnic kulturowych pomiędzy Polakami i Chińczykami. Będę musiał trochę generalizować i wyolbrzymić pewne wspólne cechy obu narodów, ale mam nadzieję że ujdzie mi to na sucho :)

    Podstawowe różnice polegają na tym, że my Polacy jesteśmy bardziej prostolinijni i otwarci w komunikacji, ale jednocześnie mniej przyjacielscy i uprzejmi niż Chińczycy, nie kryjemy negatywnych emocji, nawet jeśli miało by to urazić innych. W kontaktach społecznych jesteśmy zorganizowani, punktualni i powściągliwi, podczas gdy Chińczykami w takich przypadkach targa radosna dezorganizacja, mętlik i chaos. :)

    Mamy zupełnie inne kanony piękna – podczas gdy nasze Polskie dziewczyny (które jak wiemy mają najwięcej witaminy :D) opalają się na plażach lub odwiedzają solaria, chińskie dziewczęta kryją swe porcelanowe lica w cieniu parasolek i kupują najmocniejsze kremy wybielające. Upodobania kulinarne są także inne, podczas gdy u nas panuje dziki szał na azjatyckie sushi bary, w Chinach na topie są McDonalds, KFC i Haagen Dazs.

    Ogromną rolę odgrywa hierarchia społeczna oraz rodzinna. Dzieci są największym skarbem, co ma swoje wytłumaczenie w restrykcyjnej polityce planowania rodziny. W ogóle więzi rodzinne są tam o wiele dużo ważniejsze i mocniejsze niż w Polsce. Ogólnie w stosunku do obcych Chińczycy są bardzo zdystansowani, ale gdy już uda Wam się jakiegoś poznać, zyskacie przyjaciela na całe życie.

    Polska jest specyficznym zbiorowiskiem indywidualistów, nie żadko z bardzo rozdmuchanym ego. W Chinach natomiast nie ma miejsca na „ja”. Ta chińska mentalność roju może wydawać się nam bezwzględna, odhumanizowana czy bezduszna, ale to właśnie w niej drzemie cała potęga tego narodu. Narodu, który w przeszłości wzniósł jedyną budowlę widzianą z kosmosu, a w przyszłości będzie kształtował wygląd naszego świata.

    Wracając do tematu, główne różnice pomiędzy POLAKAMI a CHIŃCZYKAMI wyglądają tak: :D


    SPOSÓB WYRAŻANIA POGLĄDÓW

    chińczycy

    =============================================


    KONTAKTY MIĘDZYLUDZKIE

    =============================================


    ZŁOŚĆ

    =============================================

    PUNKTUALNOŚĆ


    =============================================

    CZEKANIE W KOLEJCE


    =============================================

    JA


    =============================================

    PRZYJĘCIE


    =============================================

    W RESTAURACJI


    =============================================

    NA BÓL BRZUCHA


    =============================================

    DEFINICJA PIĘKNA


    =============================================

    POKONYWANIE PROBLEMÓW


    =============================================

    TRZY POSIŁKI DZIENNIE


    =============================================

    ŻYCIE EMERYTA


    =============================================

    POGODA I HUMOR


    =============================================

    MÓJ SZEF


    =============================================

    NAJMODNIEJSZA RESTAURACJA


    =============================================

    DZIECKO W RODZINIE


    =============================================

    SPOSÓB NA ŻYCIE



    Dni w Nankinie mijały nam beztrosko. Włóczyliśmy się po mieście, zwiedzaliśmy stare świątynie, pradawne grobowce i zarośnięte parki. Wieczorami siadaliśmy nad jeziorem Xuanwu, a ja zapisywałem w notesie kolejne chińskie słówka i zwroty, jakich nauczyłem się w trakcie dnia. Pomysł z wycieczką do Pekinu przyszedł spontanicznie, a że oboje lubiliśmy szybkie decyzje spakowaliśmy raz dwa nasze plecaki i jeszcze tego samego wieczora nabylśmy bilety na pociąg.

    Godziny na dworcu w oczekiwaniu na nocny szybki pociąg relacji Nankin-Pekin dłużyły się niemiłosiernie. W tłumie oczekujących na pociąg Chińczyków zauważyłem podejrzanie wyglądającego typa. Usiadł na przeciwko nas i niby to bawił się telefonem komórkowym, ale im dłużej obserwowałem go kątem oka, tym bardziej byłem pewien czym na prawdę się zajmował. Po chwili byłem już pewien – to był tajniak robiący nam zdjęcia! Andrea w końcu była szychą w szeregach Ligi Młodzieży Komunistycznej, uważanej za przyszłą kuźnię kadr Komunistycznej Partii Chin. Z przekory od razu skierowałem rozmowę na temat historii Polski i upadku komunizmu w 1989. :D

    W pociągu był już luz, pan tajniak najwyraźniej dał nam święty spokój. Zajęliśmy swoje miejsca w hard sleeperze – ja mniej wygodną górę, a Andrea środek. Przeglądaliśmy mapę, werotwaliśmy przewodnik i planowaliśmy nasz pobyt w Pekinie. Trochę kiepsko, że po godzinie 23 wyłączyli nam prąd i że prycze były jednoosobowe, ale dzięki temu wynaleźliśmy motyw „na spider-mana”, który wygląda tak. :D

    Rankiem, jako-tako wyspani dotarliśmy do Pekinu. Sporo czasu zabrało nam znalezienie noclegu, ale w końcu znaleźliśmy pokoik w jakimś podrzędnym hostelu w hutongach. Zrzuciliśmy bagaże, podjedliśmy coś i ruszyliśmy zwiedzać taoistyczną Świątynię Nieba. Wzniesiono ją w początkach XV wieku, wierząc że znajduje się ona w samym środku cesarstwa, a także w środku Ziemi (stąd też nazwa Chin – Zhongguo – czyli Państwo Środka). W jej wnętrzu cesarze modlili się w trakcie corocznych ceremonii o dobre plony. Nam chyba też nieźle poszło, bo gdy tylko zbliżyliśmy się do Pawilonu Modlitwy o Urodzaj, lunęło jak z cebra. Zdawało się, że strugi deszczu tworzyły nici wiążące niebo z ziemią.

    Gdy pada wiosenny deszcz, niebo i ziemia łączą się w miłosnym akcie.

    Zupełnie jak w powieści autorstwa Mian Mian.

    świątynia nieba
    Pekin, Świątynia Nieba – Pawilon Modlitwy o Urodzaj.

    świątynia nieba
    Pekin, Świątynia Nieba.

    świątynia nieba
    Pekin, Cesarskie Sklepienie Nieba.


    Pekin. Ściana Szeptów. Słowa wyszeptane na jednym krańcu muru słychać na drugim końcu.

    Zanim opuścimy Nanjing Hongshan Forest Zoo udajemy się w jeszcze jedno miejsce – Lion and Tiger Ecological Pavilion. W tym miejscu chińscy ekolodzy we współpracy z międzynarodowymi organizacjami toczą desperacką walkę o ocalenie ginącego gatunku. Pomimo ogromnego wsparcia finansowego ze strony rządu, międzynarodowych organizacji i prywatnych darczyńców walka ta jest już z góry przesądzona. Niewielka nadzieja na uratowanie tygrysów chińskich tli się jeszcze w sercach ekologów.

    Na ziemi żyje łącznie około 3200 wszystkich tygrysów. Z dziewięciu podgatunków żyjących na początku XX w. przetrwało do dziś tylko sześć: bengalski, syberyjski, indochiński, malajski, sumatrzański oraz tygrys chiński, z których ten ostatni jest najbardziej zagrożony wymarciem. Z danych z 2000 roku w Chinach żyło na wolności 15 tygrysów bengalskich w Tybecie, 10 tygrysów indochińskich na południu i 20 tygrysów syberysjkich na północy, jednakże nie było ani jednego doniesienia o napotkaniu tygrysa chińskiego. Zwierzęta te były masowo zabijane od lat 50., gdy żyło ich jeszcze 4 tys., głównie ze względu na uznanie ich za „szkodniki” i „wrogów ludu” przez Mao Zedonga (atakowały farmerów), kurczenie się środowiska naturalnego oraz zastosowanie części ich ciał w chińskiej tradycyjnej medycynie naturalnej. Ostatni tygrys chiński żyjący na wolności został zastrzelony w 1984 roku, a podgatunek został uznany za funkcjonalnie wymarły.

    Rok temu na międzynarodowym szczycie zwołanym z inicjatywy premiera Rosji 13 państw, w których żyją tygrysy postanowiło przyjąć program ochrony tygrysów i zobowiązało się podwoić ich liczbę. Organizacja WWF w tym samym czasie rozpoczęła międzynarodową kampanię – Save Tigers Now – której przywództwo objął znany aktor Leonardo DiCaprio, mającą taki sam cel. W walkę zaangażowana jest takż organizacja SCT (Save China’s Tigers), z siedzibą w Hong Kongu, która m. in. stara się odtworzyć podgatunek tygrysa chińskiego w specjalnym rezerwacie w RPA.

    Aktualnie na całym świecie żyje jedynie 57 tygrysów chińskich. wszystkie w ogrodach zoologicznych na terenie Chin. Wszystkie pochodzą od 6 tych samych zwierząt, zatem są zbyt blisko spokrewnione genetycznie i jest ich za mało, aby odtworzyć w pełni zdrową populację. Spodziewany czas całkowitego wymarcia tego podgatunku wynosi od 5 do 7 lat. Po tym czasie tygrys chiński na zawsze zniknie z naszej planety.

    Przez długi czas nie mogliśmy z Andreą odejść od klatki, w której spotkaliśmy to majestatyczne zwierzę. Wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej widzimy je ostatni raz w życiu.

    ORGANIZACJA SAVE TIGERS NOW:

    http://www.savetigersnow.org/

    TY TEŻ MOŻESZ POMÓC TYGRYSOM :)

    http://wwfpl.panda.org/fakty_ciekawostki/gatunki_na_krawdzi/tygrysy/

    Tygrys chiński
    Nanjing Hongshan Forest Zoo – Lion and Tiger Ecological Pavilion. Tygrys chiński.

    Tygrys chiński
    Nanjing Hongshan Forest Zoo – Lion and Tiger Ecological Pavilion. Tygrys chiński.


    Tygrys chiński
    Nanjing Hongshan Forest Zoo – Lion and Tiger Ecological Pavilion. Tygrys chiński.


    Tygrys chiński
    Nanjing Hongshan Forest Zoo – Lion and Tiger Ecological Pavilion. Tygrys chiński.

    Kolejnego dnia z samego rana wybieramy się do Nanjing Hongshan Forest Zoo. Obszar całego ogrodu zoologicznego jest przytłaczająco ogromny, poruszamy się dzięki sprawnie zorganizowanej sieci pojazdów napędzanych silnikami elektrycznymi. Pomimo ogromnej ilości gatunków zwierząt hodowanych w Nanjing Hongshan Forest Zoo, cel dzisiejszej wyprawy jest jasny – nie codziennie przecierz staje się przed szansą zjedzenia śniadania w towarzystwie pandy. :)

    Dotarliśmy do pawilonu, w którym mieszka rodzeństwo pand: czteroletni Lang Lang oraz jego dwie siostry: Cui Cui i Duo Duo. Rodzinka przyjechała z jednego z kilku rezerwatów – centrów rozmnażania pand wielkich w Seczuanie – Wolong Giant Panda Protection and Research Center. Profesor Yao oraz jego studenci z Nanjing Agricultural University, którzy prowadzą tu 24-godzinną opiekę nad zwierzętami, oprowadzają nas po pawilonie i zapoznają nas ze zwyczajami pand wielkich. Same zwierzęta zaś niezbyt są skore do przerwania swojego bambusowego śniadania i nawiązywnia znajomości z podejrzanie wyglądającym białoskórym gościem. Lang Lang, będący jedną z ośmiu słynnych „Olimpijskich pand” występujących w Pekinie podczas otwarcia igrzysk olimpijskich Beijing 2008, zachowuje dużą rezerwę i traktuje nas z wyraźną wyższością – jak przystało na prawdziwego celebrytę. :D Wokół niego zgromadził się całkiem spory fanklub odwiedzających pawilon chińskich dzieci.

    Panda wielka (z chin. xiong mao, czyli – „niedźwiedziokot” :D) w naturze zamieszkuje dzikie, górzyste tereny prowincji Seczuan oraz basenu Jangcy – ekonomicznego serca Chin. Budowa fabryk, autostrad i kolei mocno wyniszczyła naturalne środowisko pand. Przyszłość pand jest niepewna do tego stopnia, że gatunek ten stał się symbolem międzynarodowej organizacji ochrony przyrody – WWF (World Wildlife Fund). W sztucznych
    centrach rozrodczych oraz ogrodach zoologicznych na terenie Chin mieszka
    ich około 240, a na całym świecie poza granicami Chin tylko 27. W Europie są hodowane tylko w dwóch miejscach – w Berlinie i w Wiedniu. Dla mnie, Polaka, tym bardziej możliwość spotkania się na żywo z tymi zwierzakami była czymś niesłychanie fascynującym. Spędziliśmy z misiami cały poranek. Andrea, z
    racji tego że jej rodzinnym miastem jest Wuhan i że charakterem trochę przypomina pandę, z miejsca otrzymała ode mnie ksywkę „Miś Wuhanda” ;D


    Jakiś czas potem, już po powrocie do Polski czytając China Daily natknąłem się na przykrą wiadomość. Lang Lang, u którego zdiagnozowano epilepsję, zapadł w śpiączkę z której już nigdy się nie wybudził. :( Zmarł 16 grudnia 2010, misia pochowano w rodzinnym Seczuanie. Jego rodzeństwo wróciło do Wolong Giant Panda Protection and Research Center, gdzie pozostaje do dzisiaj pod czujną obserwacją ekologów.

    Na wolności żyje już tylko ok. 1500 pand.

    ADOPTUJ MISIA PANDĘ Z WWF :)

    https://secure.worldwildlife.org/ogc/species_SKU.cfm?cqs=CTPA

    WSPARCIE DLA WWF POLSKA:

    http://www.wwfpl.panda.org/mozesz_pomoc/

    wycieczka do chin

    Nankin. Nanjing Hongshan Forest Zoo.

    wycieczka do chin

    Wejście do pawilonu pand.

    wycieczka do chin

    Fanklub słynnego misia :)

    podróż do chin

    Wybieg pand wielkich w Nanjing Hongshan Forest Zoo.


    Lang Lang. (fot. China Daily)


    • RSS